wtorek, 24 czerwca 2014

...



Przez kilka miesięcy tego miasta nienawidziłam: irytował mnie jego wygląd, zabudowa, zwłaszcza - przedmieścia. W drodze na przystanek autobusowy "wesoło" nuciłam "Niech wszystko spłonie" (Cool Kids of Death) i tylko wyczekiwałam powrotu do domu. Nigdy nie byłam z nim związana.
Na wiosnę to się zmieniło. Dni cieplejsze, można się przejść dłuższą drogą przez park, żeby nie było monotonnie. No więc chodzę, codziennie, bo spokojnie, mało ludzi, wszędzie zielono. Starsza część Chrzanowa, zabudowa po części pewnie żydowska, jeszcze sprzed II Wojny Światowej, budynki przy tym nie odrestaurowane wcale, jak w większych miastach, czy bardziej prezentacyjnych miejscach: wygląda naga cegła, drewno odrapane, ogrody pozarastane. Patrzeć nie ma na nic, ale klimat jakiś inny, nowy. I widok jeden osobliwy. Niższy, parterowy, maleńki domek, stary, taki jak u nas na wsi. Okno, nagie, bez firan otwarte, a w oknie na tle czarnego wnętrza, starsza pani, może koło 80-tki. Panią widziałam także dnia następnego. I później. A także, kiedy rzadko szłam tą ulicą rano. I przerwało się tępienie miasta i narzekania, a ja spojrzałam na nie z innej strony. Może nie z innej. Wymazałam wszystkie opinie, spróbowałam oglądać je jako miasto nie architektury, przemysłu i handlu, ale miasto ludzi. Miejsce, w którym się urodziłam, w którym miną mi trzy lata życia, ale przecież i później będę do niego powracała. Tej więzi nie da się zerwać. Nie mamy w młodości wpływu na miejsce do jakiego przynależymy. Często myślimy, ze powinniśmy byli znaleźć się gdzie indziej. Ale te miejsca są nierozerwalnie związane z naszą pamięcią, historią, one nas wychowywały i uczyniły takimi, jakimi jesteśmy. Tego elementu nie sposób odrzucić.
Wracając na chwilę do starszej pani - to tak samo jej miasto jak i moje. Miasto małej dziewczynki, która z mamą rankiem wychodzi z kamienicy. Pewnie spędzi tu więcej czasu niż ja, bo ja jestem  - może nie przejazdem, raczej jako gość, znajoma. Ale to jest moje miasto, jest we mnie, przesiąkam nim, poznaję coraz lepiej. Widzę jak się zmienia, rozwija. I lubię je. Dostrzegam jego piękno, w każdym miejscu, coś co zachwyca, co świadczy o życiu tego miasta. Czego nie wszyscy są w stanie zobaczyć.


czwartek, 5 czerwca 2014


Więzisz sobie biednych,
każesz wić w myśli
odmętach stęchłych,
duszne komnaty są
za twym cienistym progiem,
a w świetle gnasz
robactwa roje.
Za krokiem krok się niesie echem
i odbija w uszach grzmotem,
pali krew na złocie lic
bezbronności gniewu krzyż
i w tej ciszy w hałasie
wyznam z wstydem,
że cię kocham, moje życie.


wtorek, 3 czerwca 2014

.




- A jednak wróciłaś. Sądziłem, że już nie przyjdziesz. Co cię zmusiło?
- Co zwykle. Apatia, krzywda, dom.
- Weltschmerz. A ja nie jestem psychologiem.
- Potrzebuję tego. To jedyna ucieczka, jedyny sposób, by się rozładować, by się rozluźnić. i pozwolić rzeczom dziać się samoistnie daleko stąd.
- Zawsze możesz, nie potrzebujesz mnie. Ty sama dajesz sobie ukojenie. Ja jestem tylko narzędziem chwilowo odciągającym twoją uwagę od życia.
- Ty moim. A ja twoim? Gdybym tu zeszła, zerżnąłbyś mnie póki byłabym ciepła.
- Kochanie, zerżnąłbym cię również, gdybyś już ostygła.
- Więc dlaczego nie znajdziesz sobie innej?
- A dlaczego ty przychodzisz wciąż do mnie?
- Bo to nie sam akt jest dla mnie ważny. Przez to jak mnie traktujesz, jak się przy tobie czuję - akceptowana. Nie krępujesz mnie i nie oceniasz.
- Masz wielki tyłek.
- Przestań. No, to jak z tobą?
- Ja? Dla mnie to nie tylko akt, coś więcej. I to nie twoja osoba, raczej coś, co w niej siedzi. Chcę ci pokazać, że mimo szopki, którą przed wszystkimi odgrywasz, jesteś tak samo złą i zepsutą duszą jak ja.



zdjęcie Francesci Woodman